To co zabija od środka, czyli toksyczne relacje
Często człowiek dopatruje swoich dolegliwości fizycznych w pogorszeniu stanu zdrowia, doszukuje się różnych chorób, gdyż otrzymuje wyraźne bodźce płynące z organizmu między innymi nawracające bóle głowy, zawroty głowy, mdłości, bóle brzucha, uczucie ściskania w okolicach pod żebrowych, nieuzasadnione pocenie się będące nienaturalną rekcją gdyż występuje nawet gdy jest zimno, nocne duszności, kołatania serca, szybkie meczenie się, bóle stawów, drżenie rąk, bezsenność i wiele podobnych, które jak najbardziej mogą mieć związek z rozwijającym się stanem chorobowym w naszym organizmie, lecz co w sytuacji kiedy przerażeni udajemy się do lekarza wykonujemy kolejne specjalistyczne badania które, nie dają odpowiedzi na nasze dolegliwości?, co więcej wyniki mamy dobre a czujemy się jak: „zużyty worek na kartofle”
Bardzo sceptycznie podchodzimy do uświadomienia sobie że, ludzie generują w sobie ogromne pokłady energetyczne której niewidzialne wiązki skierowane w naszą stronę i mogą mieć niewyobrażalne skutki w zależności czy jest to pozytywny wpływ czy negatywny, wmawiamy sobie że, to na nas nie ma wpływu, że jesteśmy silni, odporni, nie myślimy o tym, nie poświęcamy temu cennego czasu, a tymczasem nasze samopoczucie w wyraźny sposób ulega pogorszeniu.
Stosunki jakie mamy z innymi ludźmi zwłaszcza toksyczne relację mogą doprowadzić człowieka do całkowitej wewnętrznej ruiny, zwłaszcza gdy sytuację wymuszają na nas obcowanie z takimi ludźmi przez większość czasu, nawet gdy zakończymy z jakiegoś powodu relacje która, trwała latami gdzieś tam w nas jej destrukcyjny wpływ na nas pozostaje, co ma swoje odbicie w rzeczywistości którą chcemy kreować na nowo, lecz nie do końca nam to wychodzi, mówimy sobie: „nowy początek, po co mam dźwigać za sobą ten ciężki bagaż?, przecież już go nie ma”, a jednak coś nam uwiera i nie pozwala oczyścić umysłu na tyle by, czuć się pewnie i swobodnie, by móc realizować nowy plan bez balastu z przeszłości.
Najgorsza sytuacja ma miejsce wówczas gdy mamy świadomość że, relacja z takim człowiekiem źle wpływa na nas, lecz z jakiś powodów jej nie przerywamy, bo boimy się utraty tego co już mamy, dochodzi do tego poczucie że, bez tej osoby sobie nie poradzimy, bo to właśnie dzięki niej „mamy co mamy”, i to są właśnie najgorsze sidła w jakie wpadamy - sidła oprawcy, który znalazł takie narzędzia manipulacyjne dzięki którym wie że, może nas w każdy sposób kontrolować a my i tak się nie sprzeciwimy, bo bycie w takim środowisku z takimi ludźmi o cechach wampira emocjonalnego odbiera człowiekowi poczucie wartości a tym samym odwagę przeciwstawienia się a tym samym oprawcy zwiększa poczucie władzy nad nami, i on doskonale zdaje sobie z tego sprawę.
Odczłowieczanie postępuje jak wirus, już od kilku dobrych lat, w przerażającym tempie przybywa osób z zaburzeniami psychicznymi, fobiami, lękami społecznymi, itp., problem jest poważny, bo dotyka coraz więcej dzieci, można zweryfikować to przyglądając się chociażby przepełnieniem w szpitalach psychiatrycznych dla dzieci w których już dziś ciężko o miejsce,( nie do wyobrażenia kiedyś- sześciolatek z chorobą psychiczną…) brakuje specjalistycznej opieki, wsparcia, a przed wszystkim brakuje człowieka w człowieku, oddanego, z powołaniem, z bezinteresownością, doprowadziliśmy do czasów regresu - transformacji człowieka w ślepego, głuchego i totalnie obojętnego wobec drugiego istnienia, nie radzimy sobie z otaczającym nas światem, ulegliśmy wpływom, poginą tak naprawdę za niczym, dopuściliśmy do siebie na własne życzenie mechanizm który, wyniszcza uważając „to” jako coś dobrego, pomocnego nam, jako postęp, a tym czasem jest to nasza własna wyprodukowana przez nas samych broń, która stopniowo niszczy, czyniąc, i tak już posunięte spustoszenia, lecz w presji życia jaką sobie narzuciliśmy ( dobrowolnie) nie widzimy jeszcze tego tak wyraźnie, bo brakuje nam spokoju by to dojrzeć, aż do momentu gdy przyjdzie kryzys, my sami sobie robimy krzywdę, której skutki pociągają za sobą spójny łańcuch niekończących się nieszczęść.
Charakterystyczne cechy ludzi toksycznych:
- zazwyczaj są to ludzi o pesymistycznym nastawieniu, często narzekają na wszystko, potrzebują tłumu odbiorców, czyli słabszych od siebie,
- nie interesuję ich co mówisz - nie słuchają, lekceważą zdanie innych,
- to oni mają najgorzej w życiu nie ty,
- zawsze znajdą powód do krytyki,
- oceniają bez postawnie,
- dopisują nieistniejące scenariusze pod adresem osoby przez nich szykanowanej, plotkują za plecami,
- zazwyczaj są obojętni wobec cierpienia, problemów danej osoby,
- zawsze mają rację,
- sprawnie manipulują otoczeniem by uzyskać zamierzony efekt, często ubierają „maski” pod daną sytuację, czy osobę, potrafią idealnie dopasować się do nowego środowiska jak kameleon,
- wobec nowo poznanych osób są nadzwyczaj uprzejmi zwłaszcza gdy mają jakiś ukryty zamiar
- potrafią upokarzać publicznie, wywierać emocjonalny nacisk,
- odwołują się często do wrażliwego sumienia danej osoby,
- przekonują o swojej racji,
- nastawiają innych przeciwko osobie która, nie poddaje się wpływom oprawcy,
-wykazują cechy socjopatyczne,
- nie obchodzi ich stan zdrowia, i samopoczucie, nawet odczuwają pewien rodzaj satysfakcji z powodu niepowodzeń i porażek innych,
- szybko wpadają w złość,
- udają przyjaciela, by w odpowiednim czasie zakończyć przyjaźń zwłaszcza jak mają jakiś cel związany z daną osobą ( korzyść, coś mogą uzyskać )
- stale kontrolują wszystko, ( to on decyduje gdzie jechać, co kupić, jak się masz ubrać, co ci pasuje co nie, jak masz się czuć, on wie najlepiej czego potrzebujesz- ty się nie znasz na niczym),
- poczucie władzy nad kimś dodaje mu pewności siebie,
- narcystyczna osobowość,
- charakterystyczną cechą takich osób jest gadatliwość, są mówcami doskonałymi, nawet jeżeli o czymś nie mają pojęcia to zachowują się jakby byli chodzącą encyklopedią, na wszystko mają odpowiedź, nawet jeżeli nie mają pojęcia o czymś to i tak sprawiają takie wrażenie co daje komiczny z reguły efekt ale nie dla nich: on się zna, on był, on doświadczył, on wszystko ma, jest najmądrzejszy, elokwentny itd.
Jak obronić się przed toksycznymi ludźmi?
Nie obwiniaj siebie, nie daj dojść negatywnym myślom do głosu, nie inwestuj w takiego człowieka żadnych wyższych uczuć, nie otwieraj się przed takim człowiekiem, bo wykorzysta twoją słabość jako sprawne narzędzie przeciwko tobie, nie nabieraj się na postanowienia, przyrzeczenia poprawy ze strony takich osób, to są tylko chwyty manipulacyjne, tacy ludzie nie cierpią sprzeciwu, nie szanują indywidualności danej jednostki dlatego głośno wyrażaj swoje zdanie – nie bój się, niech cię słyszą! Taki człowiek z reguły myśli że, jesteś za słaby by się przeciwstawić, bo ma takie zdanie o tobie które, sam sobie wyrobił bezpodstawnie. Jeżeli jesteś w stanie a powinieneś być, unikaj takich ludzi, kończ nie zdrowe relacje, gdyż z własnego doświadczenia mogę stwierdzić nic tak człowieka nie rujnuje jak kontakt i życie z człowiekiem toksycznym, jest to gorsze od fizycznej choroby gdyż wiesz jak leczyć taką chorobę, nawet jeżeli toksyczna relacja została zerwana to jej skutki odczuwalne są bardzo długo i w sposób widoczny komplikują codzienne funkcjonowanie i powrót do względnej normalności której, człowiek bardzo pragnie.
Jest takie stwierdzenie:
„że należy być wdzięcznym za wszystkich trudnych ludzi na naszej drodze, gdyż on sprawili że, wiesz kim na pewno nie chcesz być”
Zwrócicie uwagę na to, jak traktujecie swoje dzieci, siebie nawzajem, współpracowników, napotkanych przypadkowych ludzi, zwróćcie uwagę i reagujcie na wszystko to co sprawia wam ból i przyczynia się do poczucia bezsilności, rezygnacji, a wystarczy naprawdę tak nie wiele by drugiemu człowiekowi przywrócić wiarę w sens, dać nadzieje, i uczynić życie nieco lżejszym, bardziej kolorowym, bezpiecznym.
„Przecież jest jedno niebo, jedno słońce które, świeci jednakowo dla każdego, cieszmy się nim i ogrzewajmy w jego blasku, a gdy przyjdą chmurne deszczowe dni zachowajmy słońce w sobie i pozwólmy schronić się pod naszym parasolem tym którym tego ciepła brakuje”
Samotność po rozstaniu to doświadczenie, które w każdym wieku boli, ale po czterdziestce nabiera zupełnie innego wymiaru, smakuje inaczej – jest gęstsza, cięższa, bardziej przenikliwa. Wieczory, które kiedyś były naturalnym czasem wspólnego relaksu, rozmowy przy herbacie, dzielenia się wrażeniami z dnia, oglądania filmu ramię w ramię, nagle stają się pustą przestrzenią, która przeraża swoją wielkością. W młodości samotność wieczorem bywała wyzwaniem, ale często i przygodą – mogła być wypełniona spotkaniami z przyjaciółmi, imprezami, odkrywaniem miasta, a nawet jeśli nie, to był w niej potencjał zmiany. Po czterdziestce wieczorna samotność jest inna – nie ma w niej już tego młodzieńczego fermentu, a jeśli są przyjaciele, to oni też mają swoje rodziny, swoje rutyny, swoje zmęczenie. Świat wokół nie pędzi już tak samo, imprezy są rzadkością, a nocne życie miasta przestało być zaproszeniem. Zostajesz więc sam w ciszy, która ma inny ciężar gatunkowy – to cisza po latach obecności drugiego człowieka, po latach dzielenia przestrzeni, snu, posiłków, codziennych drobnostek. To właśnie te drobnostki, których wcześniej nie zauważałeś, teraz stają się najbardziej bolesne: drugi kubek, który nie został użyty, miejsce po drugiej stronie łóżka, które jest puste, odgłosy, których brakuje.
Dlaczego wieczory po rozstaniu po czterdziestce smakują inaczej? Przede wszystkim dlatego, że mamy już za sobą pewien zasób życia, przyzwyczajeń, wspólnych historii. Nie jesteśmy już tabula rasa, na którym można zapisać nową opowieść. Jesteśmy książką z wieloma rozdziałami, z których część została napisana razem z tą osobą, która odeszła. Wieczór to pora, gdy mózg, pozbawiony bodźców dnia, przestawia się na tryb wewnętrznej narracji. I wtedy ta narracja mimowolnie powraca do wspomnień. Widzisz przed oczami nie tylko twarz, ale całe krajobrazy waszego wspólnego życia: kolacje przy tym stole, kłótnie, które kończyły się pojednaniem, wieczory spędzone na planowaniu wakacji, rozmowy o dzieciach, o pracy, o przyszłości. To wszystko jest w ścianach, w meblach, w zapachu, który jeszcze nie wywietrzał. Wieczór po czterdziestce nie jest już czasem odkrywania, jest czasem powracania – a gdy nie ma do kogo wracać, powracamy do strat.
Kolejnym powodem jest to, że po czterdziestce nasze ciało i umysł inaczej reagują na samotność. Poziom melatoniny, zmiany hormonalne, sposób, w jaki regenerujemy się podczas snu – wszystko to wpływa na naszą wrażliwość wieczorem. Zmęczenie fizyczne jest większe, ale też trudniej nam zasnąć, bo myśli wirują i nie dają spokoju. Samotność w tym wieku jest bardziej cielesna – czujesz ją w kościach, w karku, w ramionach, które nie mają się o kogo oprzeć. To nie jest już tylko emocjonalny dyskomfort, to namacalny brak. Dotyk drugiego człowieka, jego ciepło, oddech – to wszystko staje się wspomnieniem, które wieczorem jest szczególnie dotkliwe, bo to pora intymności, bliskości, z której zostaliśmy wyrwani. W młodości ciało szybciej się dostosowuje, łatwiej przyzwyczaja do nowych sytuacji. Po czterdziestce zmiana jest trudniejsza, bardziej kosztowna, a każdy wieczór to przypomnienie, że pewien etap życia się skończył, a nowy dopiero się zaczyna, zanim jeszcze wiemy, jak będzie wyglądał.
Warto też zwrócić uwagę na czynnik społeczny. W czterdziestym roku życia kręgi towarzyskie są już zazwyczaj ustabilizowane. Przyjaciele są w związkach, mają dzieci, obowiązki, często mieszkają w innych miastach. Nie ma już tej łatwości, by wpadło się do kogoś bez zapowiedzi, by spontanicznie wyjść na miasto. Wieczorem w tygodniu każdy jest u siebie, w swoim świecie. A ty zostajesz sam, bo twoja druga połowa już nie wraca do domu. Telefon dzwoni, ale rozmowy są krótkie – każdy ma swoje życie. I nagle uświadamiasz sobie, jak wiele twojego życia było zorganizowanych wokół pary: wspólne zakupy, wspólne gotowanie, wspólne oglądanie seriali, wspólne zasypianie. Kiedy to znika, pozostaje nie tylko żal, ale i dezorientacja – co właściwie robić ze sobą w te wieczory? Plan dnia, który był jasny i przewidywalny, nagle staje się otchłanią możliwości, ale żadna z nich nie wydaje się atrakcyjna, bo wszystko było lepsze, gdy było z kimś.
Innym istotnym elementem jest zmiana tożsamości. Po latach bycia częścią pary, każdy z nas buduje swoją tożsamość również w relacji do drugiego człowieka. Jesteśmy nie tylko sobą, ale też „czyjąś drugą połówką”, „ojcem/matką ich dzieci”, „osobą, która z nimi dzieli życie”. Gdy rozstanie przychodzi, ta część tożsamości umiera, a nowa jeszcze się nie narodziła. Wieczorami, gdy nie ma już nikogo, kto potwierdzi naszą rolę, wpadamy w próżnię. Kim jestem, gdy nikt nie czeka na mnie w domu? Kim jestem, gdy nie ma z kim omówić dnia? Te pytania są szczególnie dotkliwe w ciszy wieczoru, bo wtedy nie ma ucieczki w pracę, w obowiązki, w codzienną bieganinę. Jest tylko ty i echo twoich myśli. A one często są pełne wątpliwości, poczucia winy, żalu, a czasem ulgi, która jest równie przerażająca, bo budzi poczucie, że coś jest z nami nie tak, skoro czujemy ulgę po stracie.
Wieczorna samotność po czterdziestce smakuje też inaczej, ponieważ w tym wieku mamy już głębszą świadomość przemijania. W młodości rozstanie odczuwaliśmy jako stratę konkretnej osoby, ale wierzyliśmy, że przed nami jeszcze mnóstwo czasu, wiele okazji, wiele nowych miłości. Po czterdziestce czas zaczyna być postrzegany jako zasób ograniczony. Każdy wieczór spędzony samotnie to nie tylko ta konkretna strata, ale też świadomość, że ubywa nam wieczorów, które moglibyśmy spędzić z kimś wartościowym. Pojawia się egzystencjalny niepokój: czy jeszcze zdążę? Czy jeszcze spotkam kogoś, z kim te wieczory będą smakować inaczej? Ta presja czasu, często podszyta lękiem przed starzeniem się i ostateczną samotnością, nadaje wieczorom po rozstaniu gorzki posmak. To już nie tylko tęsknota za konkretną osobą, ale i żal za utraconym czasem, za potencjałem, który nie został zrealizowany.
W drugiej części artykułu przyjrzymy się temu, jak można oswoić te wieczory, jak nadać im nowy sens, jak odnaleźć w nich nie tylko stratę, ale i przestrzeń do własnego rozwoju. Opowiemy o rytuałach, które pomagają przetrwać najtrudniejsze godziny, o powracaniu do swoich pasji i o tym, jak na nowo polubić własne towarzystwo, nawet gdy wydaje się to niemożliwe.
Przechodząc do bardziej praktycznych rozwiązań, warto zacząć od prostego, ale często pomijanego kroku: zmiany otoczenia wieczorem. Często po rozstaniu zostajemy w tym samym mieszkaniu, w tych samych meblach, z tymi samymi widokami. Jeśli to możliwe, warto choćby przestawić meble, zmienić układ pokoju, kupić nowe poduszki, nową pościel. Małe zmiany wizualne mogą mieć ogromny wpływ na to, jak odbieramy przestrzeń. Gdy wieczorem siadasz w innym miejscu, przy innym stole, twój mózg otrzymuje sygnał, że coś się zmieniło, że to nie jest już to samo miejsce, które dzieliłeś z byłym partnerem. To nie jest ucieczka od wspomnień, ale tworzenie nowej scenografii dla twojego życia. Wieczór w nowej aranżacji może być trudny, ale jest przynajmniej twoją aranżacją, a nie tylko pustką po kimś.
Kolejnym bardzo ważnym narzędziem jest tworzenie nowych wieczornych rytuałów, które są tylko twoje. Kiedy byłeś w parze, pewnie były wspólne rutyny – wspólna kolacja, wspólny serial, wspólne rozmowy. Teraz musisz wymyślić swoje. Może to być czytanie książki z herbatą, słuchanie podcastów, nauka gry na instrumencie, rozwiązywanie krzyżówek, pisanie dziennika. Kluczowe jest, by te rytuały były celowe i przyjemne, a nie tylko wypełniaczami czasu. Wieczór, który zaczyna się od świadomego wyboru – na przykład „teraz idę wziąć długą kąpiel, potem poczytam 30 minut, potem posłucham muzyki” – jest łatwiejszy do zniesienia niż wieczór, który zaczyna się od bezradnego patrzenia w sufit. Rutyna daje strukturę, a struktura w czasach chaosu emocjonalnego daje poczucie bezpieczeństwa. Nie musisz od razu czuć radości, ale nawet mechaniczne wykonywanie tych działań z czasem zacznie przynosić spokój.
Nie można też przecenić znaczenia dźwięków w wieczornej samotności. Cisza, która w parze była wypełniona oddechem drugiej osoby, w samotności staje się donośna. Warto wypełnić ją czymś innym. Może to być muzyka, taka, która nie przywołuje wspomnień, ale tworzy nową atmosferę. Audiobooki, podcasty, relaksacyjne nagrania – wszystko, co sprawia, że w twoim domu jest obecność, choćby głos mówiący o czymś innym, niż to, co boli. Wielu ludzi po czterdziestce odkrywa na nowo radio – nie jako tło, ale jako towarzysza, który mówi, śmieje się, opowiada historie. Wieczór przestaje być wtedy konfrontacją z ciszą, a staje się przestrzenią, w której coś się dzieje, nawet jeśli ty tylko słuchasz. To subtelna, ale bardzo skuteczna metoda na oswojenie samotności.
Niezwykle istotne jest też zadbanie o wieczorny posiłek. W parze jedzenie często było wspólnym rytuałem – gotowało się razem, nakrywało do stołu, rozmawiało. Po rozstaniu wiele osób traci apetyt albo je byle co, stojąc przy lodówce. Tymczasem wieczorny posiłek to moment, który można przekształcić w akt troski o siebie. Nawet jeśli nie masz ochoty, przygotuj sobie coś, co lubisz, nakryj do stołu, zapal świeczkę. Jedz powoli, bez pośpiechu. To nie jest przesadna dbałość o detale – to sposób, by powiedzieć sobie: jestem ważny, zasługuję na to, by zadbać o siebie, nawet jeśli jem sam. Wieczory po czterdziestce są w dużej mierze o przywracaniu sobie godności w samotności. Każdy taki mały akt samo-szacunku buduje fundament, na którym można później budować nowe życie.
W tym wieku pomocne jest także świadome odcinanie się od myśli, że „gdyby tylko on/ona był, byłoby lepiej”. Wieczór często sprzyja rozmyślaniom o tym, co było, a zwłaszcza o tym, co mogłoby być, gdyby nie rozstanie. To bardzo toksyczne myślenie, bo tworzy równoległą rzeczywistość, w której wszystko jest lepsze, a rzeczywistość, w której żyjesz, jest tylko gorszym zamiennikiem. Kiedy te myśli się pojawiają, warto mieć gotowy sposób, by je przerwać. Może to być fizyczny gest – wstanie, przetarcie twarzy, wyjście na balkon. Albo powtarzanie krótkiej afirmacji: „jestem tu, gdzie jestem, i to jest w porządku”. To nie jest wyparcie, ale świadome odciągnięcie uwagi od fantazji, która tylko pogłębia cierpienie. Wieczór to czas, gdy nasza wyobraźnia pracuje najintensywniej – warto więc kierować ją w stronę tego, co realne i osiągalne.
Kolejną kwestią, która często pojawia się po czterdziestce, jest relacja z telefonem i mediami społecznościowymi. Wieczory sprzyjają przeglądaniu profilów, porównywaniu się z innymi, śledzeniu życia byłego partnera. To jest prosta droga do pogłębienia bólu. Warto więc wprowadzić wieczorny detoks cyfrowy – godzinę przed snem bez ekranu, bez scrollowania, bez sprawdzania, co u innych. Zamiast tego można wrócić do książek, do rozmów telefonicznych z życzliwymi osobami, do dziennika. To trudne, zwłaszcza gdy telefon stał się przedłużeniem ręki, ale to jeden z najskuteczniejszych sposobów, by odzyskać kontrolę nad swoimi wieczornymi emocjami. Wieczór należy do ciebie, nie do algorytmów i nie do wspomnień, które wywołują zdjęcia innych.
Nie można też zapominać o dobrej wieczornej higienie snu. Samotność często prowadzi do zaburzeń snu – albo przewracamy się w łóżku do rana, albo zasypiamy zbyt wcześnie, by uciec przed myślami. Warto wypracować wieczorną rutynę, która przygotowuje ciało do odpoczynku: ciepła kąpiel, przewietrzenie sypialni, wyciszające ćwiczenia oddechowe, herbata z melisy. Dobry sen jest w tym wieku kluczowy nie tylko dla regeneracji fizycznej, ale i dla równowagi emocjonalnej. Gdy po nieprzespanej nocy budzisz się jeszcze bardziej zmęczony, wieczór staje się jeszcze trudniejszy. To błędne koło, które można przerwać tylko świadomym działaniem. A jeśli bezsenność jest uporczywa, warto skonsultować się z lekarzem – nie ma wstydu w szukaniu pomocy, gdy samotność zakłóca podstawowe potrzeby.
W dojrzałym wieku wieczory po rozstaniu są też okazją do powrotu do siebie, do swoich dawnych pasji, które zostały zaniedbane przez lata bycia w związku. Może to być rysowanie, pisanie, robienie na drutach, układanie puzzli, modelarstwo, cokolwiek, co sprawiało ci radość, zanim pojawiła się codzienność z drugą osobą. Wieczory mogą stać się czasem na odkrycie na nowo tego, kim jesteś poza rolą partnera. To odkrycie może być trudne, ale też niezwykle satysfakcjonujące. Z czasem wieczór przestaje być synonimem samotności, a staje się synonimem własnej przestrzeni, własnego czasu, własnego wyboru. To nie znaczy, że tęsknota całkowicie znika – ale przestaje być jedynym smakiem, który czujesz. Pojawia się też ciekawość, spokój, a czasem nawet radość.
I na koniec, być może najważniejsze: pozwól sobie na to, by wieczory były różne. Nie każdy musi być produktywny, nie każdy musi być przemyślany, nie każdy musi być krokiem naprzód. Bywają wieczory, kiedy płacz jest jedynym właściwym zajęciem. Bywają wieczory, kiedy oglądasz ten sam film po raz dziesiąty, bo nie masz siły na nic innego. Bywają wieczory, kiedy dzwonisz do przyjaciółki i mówisz „posłuchaj, nic mi nie mów, po prostu bądź na linii”. Wszystkie są w porządku. Smak wieczorów po rozstaniu po czterdziestce jest gorzki, ale z czasem – jeśli dasz sobie przestrzeń – zaczynasz wyczuwać w nim też nuty czekolady, cynamonu, może odrobinę pieprzu. Życie nie kończy się o zmierzchu. Zmienia tylko rytm, a ty musisz nauczyć się w nim tańczyć. Nawet jeśli na początku jest to tylko kołysanie się w ciszy.
Portal randkowy z roku na rok staje się coraz bardziej popularny. Statystyki mówią same za siebie. W dzisiejszych czasach większość ludzi jest stale zapracowana, zabiegana i nie ma na nic czasu, nie mówiąc już o chodzeniu na randki czy spotkania towarzyskie. Duża liczba osób wchodzi więc na portal randkowy, gdzie można znaleźć swoją druga połówkę bądź przyjaciela. Wystarczy wejść na Internet, włączyć jakikolwiek portal randkowy, utworzyć konto i już można poznać nowych ludzi. Nie trzeba nigdzie wychodzić, aby móc z kimś porozmawiać. W ciągu dnia zawsze znajdzie się wolną chwile, by włączyć Internet i napisać parę zdań do nowo poznanego, sympatycznego znajomego. Nie trzeba tracić godziny czasu na spotkanie, wystarczy paręnaście minut i można wysłać długą wiadomość do innej osoby. Równie często ludzie, którzy wchodzą na portal randkowy, po bliższym poznaniu przez Internet danej osoby decydują się na spotkanie na żywo. Umawiają się w kawiarni bądź w innym publicznym miejscu. Czasem zostają przyjaciółmi, parą, a czasem kontakt się urywa. Przykładowo moja znajoma poznała przez portal randkowy swojego teraźniejszego męża. Zaczęło się jak zwykle, założyła konto na portalu i zaczęła pisać z pewnym chłopakiem. Po paru tygodniach pisania zdecydowali się spotkać w restauracji. Przypadli sobie do gustu. W krótkim czasie po pierwszym spotkaniu zostali parą. Dziś są małżeństwem i maja dwójkę dzieci. Czasem wiec warto wejść na portal randkowy. Być może i ty poznasz tam swoja druga połówkę, bądź znajdziesz przyjaciela.