Randkowanie online zrewolucjonizowało sposób, w jaki ludzie poznają partnerów, ale jednocześnie wprowadziło zupełnie nową dynamikę utraty zainteresowania. Ktoś, kogo w aplikacji uznaliśmy za interesującego, po kilku dniach rozmowy przestaje nas pociągać, choć na żywo moglibyśmy dać mu znacznie więcej szans. Dlaczego tak się dzieje? Przyczyny leżą w psychologii podejmowania decyzji, w konstrukcji samych aplikacji oraz w fundamentalnych różnicach między percepcją człowieka za pośrednictwem ekranu a rzeczywistym spotkaniem. Na początek warto przyjrzeć się zjawisku przytłoczenia wyborem. W klasycznych randkach na żywo pula potencjalnych partnerów jest ograniczona przez nasze środowisko – pracę, znajomych, wydarzenia. Każda nowa osoba jest wydarzeniem stosunkowo rzadkim i kosztownym czasowo. Inaczej w aplikacjach: w ciągu godziny przewijamy setki profili. Mózg, który ewolucyjnie nie jest przystosowany do takiej obfitości, zaczyna traktować ludzi jak towary na półce. Konsekwencja jest fatalna dla podtrzymania zainteresowania – skoro zaraz pojawi się kolejna, może lepsza opcja, po co angażować się w tę obecną? To tak zwany paradoks wyboru, opisany przez Barry’ego Schwartza: nadmiar opcji nie uszczęśliwia, lecz paraliżuje i obniża satysfakcję z każdego wyboru. Gdy na żywo poznajemy kogoś w barze czy na spotkaniu towarzyskim, nie mamy otwartej listy stu innych kandydatów w kieszeni. Nasza uwaga i zaangażowanie są naturalnie większe, bo wiemy, że ta okazja jest unikalna i niepowtarzalna. W aplikacji natomiast już podczas pisania wiadomości często myślimy o tym, czy za chwilę nie trafi się ktoś ciekawszy.
Kolejnym kluczowym mechanizmem jest sposób, w jaki aplikacje projektują ludzką uwagę. Swajpowanie w lewo i prawo opiera się na ultrakrótkiej ocenie wizualnej i kilku zdaniach opisu. To zubaża człowieka do dwóch wymiarów – wyglądu i kilku etykietek. W rzeczywistości urok drugiej osoby często leży w tym, co nieuchwytne: sposobie mówienia, zapachu, tempie reakcji, uśmiechu, który pojawia się w konkretnym momencie. Tego nie da się skomunikować przez zdjęcia i wiadomości tekstowe. Dlatego tak często zdarza się, że ktoś, kto na profilu wydawał się nudny, na żywo okazuje się fascynujący – i odwrotnie, ktoś z idealnym profilem na spotkaniu wypada płasko. Aplikacje zmuszają nas do podejmowania decyzji na podstawie skrajnie niekompletnych danych. A ponieważ nie mamy pełnego obrazu, nasz mózg uzupełnia luki projekcjami – często idealizującymi. Gdy po kilku dniach pisania okazuje się, że rzeczywistość nie dorównuje wyobraźni, zainteresowanie gwałtownie spada. Na żywo nie mamy tego etapu wyidealizowanej projekcji – widzimy człowieka od razu, z całym bagażem jego mankamentów i zalet, co sprawia, że ewentualne rozczarowanie jest mniej dotkliwe, bo nie poprzedza go fantazja.
Zjawisko utraty zainteresowania w randkowaniu online ma także wymiar czysto biologiczny. W bezpośrednim kontakcie działa cała gama sygnałów, które budują chemię międzyludzką: feromony, kontakt wzrokowy, synchronizacja ruchów, ton głosu. Badania pokazują, że już w ciągu kilku sekund od spotkania nasz mózg podejmuje decyzję o potencjalnym atrakcyjności partnera, opierając się na sygnałach, które nie przechodzą przez korę przedczołową – czyli nie są racjonalne. W aplikacjach te kanały są wyłączone. Komunikacja pisemna angażuje przede wszystkim korę przedczołową, odpowiedzialną za racjonalne planowanie i ocenę. To zmienia charakter relacji z emocjonalnego na kognitywny. Rozmowa online przypomina bardziej negocjacje lub wywiad niż zaloty. Kiedy w końcu dochodzi do spotkania na żywo, często jesteśmy już zmęczeni tygodniami pisania, a dodatkowo doświadczamy zderzenia wyobrażenia z rzeczywistością. To sprawia, że randki online mają znacznie wyższy wskaźnik tzw. „ghostowania” – nagłego zniknięcia bez pożegnania. Ghosting jest skrajną formą utraty zainteresowania i niemal nie istnieje w tradycyjnych znajomościach, bo na żywo obecność drugiej osoby i społeczne konsekwencje zniknięcia są zbyt duże.
Nie można też pominąć wpływu architektury aplikacji na cierpliwość. Większość platform zarabia na uwadze użytkownika, a nie na doprowadzaniu go do stałego związku. Dlatego mechanizmy takich serwisów są nastawione na utrzymanie ciągłego poszukiwania, a nie na pogłębianie jednej relacji. Powiadomienia o nowych polubieniach, algorytmy podsuwające co chwilę „lepsze” dopasowania – wszystko to działa przeciwko koncentracji na jednej osobie. Użytkownik czuje się jak w kasynie: kolejne przewinięcie może przynieść nagrodę. W efekcie nawet gdy poznamy kogoś wartościowego, trudno nam nie zerkać, czy nie czeka gdzieś ktoś jeszcze bardziej idealny. Na żywo takiego mechanizmu nie ma – nie masz przed oczami listy alternatyw, gdy rozmawiasz z kimś na imprezie. Twoja uwaga jest w pełni dostępna dla tej jednej osoby, co sprzyja budowaniu więzi. Ponadto w świecie online łatwo jest zapomnieć, że po drugiej stronie ekranu siedzi prawdziwy człowiek z uczuciami. To zjawisko dehumanizacji sprawia, że traktujemy rozmówcę bardziej jak awatar niż osobę. Łatwiej wtedy stracić zainteresowanie, bo nie czujemy emocjonalnej odpowiedzialności. Na żywo, gdy widzimy czyjąś mimikę, słyszymy drżenie głosu, automatycznie uruchamia się w nas empatia, która podtrzymuje zaangażowanie.
Ciekawym aspektem jest też asymetria informacji i czasu. W randkowaniu online często w ciągu kilku dni wymieniamy się informacjami, które na żywo poznalibyśmy przez miesiąc – jakie mamy wykształcenie, gdzie pracujemy, jakie mamy hobby, czy chcemy dzieci. Ta przyspieszona wymiana danych daje złudzenie bliskości, ale nie buduje prawdziwej intymności. Intymność powstaje wtedy, gdy odkrywamy kogoś stopniowo, w różnych sytuacjach, z niespodziankami i niuansami. Gdy już wiemy o kimś wszystko z długiej listy pytań-zdań, nie ma już miejsca na odkrywanie – a bez odkrywania zainteresowanie naturalnie gaśnie. To tak, jakby dostać streszczenie dobrej książki zamiast ją przeczytać. Na żywo proces poznawania jest wolniejszy i bardziej organiczny, dzięki czemu tajemnica drugiej osoby trwa dłużej i podtrzymuje ciekawość. Co więcej, w aplikacjach często już po kilku wiadomościach wiemy, że rozmowa nie ma przyszłości, bo ktoś użył niewłaściwego słowa, nie odpowiedział na ważne dla nas pytanie lub po prostu jego styl pisania okazał się niekompatybilny. Na żywo takie same różnice mogłyby zostać zbalansowane przez mowę ciała, uśmiech, delikatność gestów – czyli rzeczy, które nie przechodzą przez czcionkę.
Jednak najgłębszą przyczyną szybkiej utraty zainteresowania w sieci jest fakt, że nie doświadczamy wspólnej aktywności. W tradycyjnych zalotach randki na żywo często wiążą się z robieniem czegoś razem – spacerem, pójściem do kina, gotowaniem, grą w kręgle. Wspólne działanie angażuje układ nagrody w mózgu, uwalnia dopaminę i oksytocynę, które wzmacniają więź. Rozmowa pisana to tylko wymiana symboli, nie daje poczucia bycia razem w świecie. Nawet rozmowa przez kamerę jest uboga w porównaniu z fizycznym współbyciem. Brak wspólnego kontekstu sprawia, że każda potencjalna iskra gaśnie szybko, bo nie ma paliwa w postaci przeżywanych razem emocji. Osoby, które przechodzą z aplikacji na randkę w realu po kilku dniach, często relacjonują zdziwienie: „na czacie było fajnie, a na żywo czułem pustkę”. To dlatego, że czat daje tylko jedną warstwę komunikacji. Gdy ta warstwa zostaje zdjęta, zostaje naga, często rozczarowująca rzeczywistość. Na odwrót: jeśli najpierw poznamy kogoś na żywo, a potem piszemy do siebie, rozmowa online jest wzbogacona o wspomnienia z realnego kontaktu – ma głębię, która podtrzymuje zainteresowanie. Kolejność ma więc kluczowe znaczenie.
W psychologii ewolucyjnej istnieje koncepcja, że ludzki umysł jest przystosowany do oceniania potencjalnych partnerów w kontekście grupy. Na żywo widzimy, jak ktoś zachowuje się wobec kelnera, jak reaguje na nieoczekiwaną sytuację, czy ma poczucie humoru w obliczu stresu. To bezcenne informacje, które w aplikacji są całkowicie nieobecne. Bez nich oceniamy tylko powierzchowność, a ta – jak wiemy – nie wystarcza do podtrzymania zainteresowania na dłużej. Ponadto na żywo łatwiej jest wybaczyć drobne potknięcia czy niezręczność, bo wiemy, że każdy jest zdenerwowany. W aplikacjach każda wiadomość może być przemyślana, więc gdy ktoś pisze coś nietrafnego, odbieramy to jako cechę jego osobowości, a nie chwilową wpadkę. To podwyższa standardy i obniża tolerancję. W efekcie odpisujemy szybciej, rezygnujemy po jednej nudnej odpowiedzi, porzucamy rozmowę w połowie. Kultura natychmiastowości uczy nas, że jeśli coś nie działa od razu, trzeba szukać dalej. Na żywo dajemy sobie więcej czasu, bo inwestycja w spotkanie jest większa – trzeba było się umówić, ubrać, dojechać. To wszystko buduje zaangażowanie, które aplikacje celowo podważają, oferując łatwą alternatywę.
Warto też zwrócić uwagę na zjawisko tzw. „tragedii wspólnego dobra” w randkowaniu online. Każdy użytkownik wie, że inni też przewijają dziesiątki profili, więc nikt nie czuje się zobowiązany do inwestowania w jedną relację. To prowadzi do błędnego koła: im mniej każdy się angażuje, tym mniej opłaca się angażować tobie. W efekcie rozmowy są płytkie, odpowiedzi spóźnione, a zainteresowanie ulotne. Na żywo takie myślenie nie występuje, bo nie ma domyślnej listy konkurentów. Osoba, z którą rozmawiasz, nie ma przed sobą ekranu z setką innych kandydatów – ma ciebie. To zmienia wszystko. Dlatego wiele osób opisuje swoje doświadczenia z aplikacjami jako wyczerpujące i demoralizujące, mimo że zdarzają się w nich sukcesy. Te sukcesy są jednak statystycznie rzadsze, niż sugeruje marketing aplikacji, a te, które się zdarzają, często wymagają przełamania schematu – szybkiego przejścia na spotkanie w realu, ograniczenia liczby równoległych rozmów, wyłączenia powiadomień. Innymi słowy, wymagają działania wbrew projektowi aplikacji.
Czy jesteśmy skazani na tę dynamikę? Nie do końca, ale musimy zrozumieć, że aplikacje randkowe nie są neutralnym narzędziem – mają swoją afordancję, czyli właściwości, które skłaniają do określonych zachowań. Ich projekt faworyzuje szybkie porzucanie, a nie budowanie. Świadomość tego mechanizmu może pomóc w przeciwdziałaniu: ustalić sobie limit równoległych rozmów (np. maksymalnie trzy), nie czytać nowych profili, gdy już z kimś piszemy, dążyć do spotkania w realu w ciągu tygodnia, a nie miesiąca, pamiętać, że tekst nie oddaje człowieka. Jednak nawet przy tych strategiach, randkowanie online zawsze będzie bardziej podatne na nagłą utratę zainteresowania niż spotkania na żywo. Bo to, co online zyskujemy na liczbie potencjalnych kontaktów, tracimy na jakości uwagi, którą każdemu z nich możemy poświęcić. Uwaga jest zasobem ograniczonym, a aplikacje celowo ją rozpraszają. Na żywo natomiast, nawet jeśli poznamy tylko jedną nową osobę w miesiącu, szansa, że nasze zainteresowanie przetrwa dłużej, jest wielokrotnie wyższa, bo opiera się na bogatszym, bardziej autentycznym obrazie drugiego człowieka.
Kolejny ważny czynnik to brak wspólnej historii i zobowiązań społecznych. Kiedy poznajemy kogoś przez znajomych, mamy wspólny kontekst, który nas łączy nawet wtedy, gdy początkowo nie iskrzy. Możemy spotkać tę osobę ponownie na innym wydarzeniu, dać jej drugą szansę. W aplikacjach, po utracie zainteresowania, po prostu znikamy – i to bez żadnych konsekwencji. Ta anonimowość i brak pętli społecznego sprzężenia zwrotnego sprawiają, że jesteśmy bardziej kapryśni. Badania pokazują, że osoby korzystające z aplikacji randkowych częściej rezygnują z potencjalnie dobrych dopasowań z powodu drobnych niedogodności (np. ktoś użył emotikonu, którego nie lubimy) niż osoby poznające się w realu. To dlatego, że w realu konsekwencje takiej kapryśności są wyższe – ryzykujesz, że uznają cię za dziwaka lub że stracisz dostęp do całej grupy towarzyskiej. Online nie ma takich hamulców, więc puszczamy je same wolno. W efekcie nasze kryteria stają się absurdalnie wysokie. Wymagamy, żeby ktoś od razu, w pierwszej wiadomości, trafił w nasz gust, żartował jak stand-uper i pisał z idealną interpunkcją. Gdybyśmy takie same kryteria zastosowali do znajomości na żywo, bylibyśmy samotni przez całe życie.
Zjawisko utraty zainteresowania w randkowaniu online pogłębia również sposób, w jaki aplikacje radzą sobie z odrzuceniem. W realu odrzucenie boli, ale jest wyraźne – ktoś mówi „nie”, odwraca się, nie oddzwaniasz. W aplikacjach odrzucenie jest rozmyte: ktoś przestaje odpisywać, ale nie wiadomo, czy dlatego, że stracił zainteresowanie, czy zginął w wypadku. Ta niejednoznaczność powoduje, że wiele osób równolegle podtrzymuje kilka rozmów na niskim poziomie, nie zrywając żadnej, ale też nie inwestując w żadną. To tworzy atmosferę permanentnej tymczasowości. Zainteresowanie nie ma szansy się rozwinąć, bo jest rozproszone na wiele osób. Na żywo trudniej jest utrzymywać kilka romantycznych opcji jednocześnie, bo wymaga to logistyki, kłamstw i ukrywania się. Online można to robić bez wysiłku. I choć nie ma w tym nic złego na wczesnym etapie, to właśnie ta możliwość jest głównym powodem, dla którego ludzie tak szybko tracą zainteresowanie – nie dlatego, że druga osoba jest nieciekawa, lecz dlatego, że nasza uwaga jest już gdzie indziej, u kolejnych pięciu kandydatów w kolejce.
Psychologicznie istotny jest też brak presji czasu. W aplikacji możesz napisać do kogoś odpowiedź za trzy dni, nikt nie będzie miał pretensji. To luz, ale też przekleństwo, bo zainteresowanie wymaga pewnego rytmu i regularności. Gdy przerwy między wiadomościami są długie, emocje wygasają. W realnej znajomości, gdy umawiasz się na randkę, pojawia się naturalna presja – masz być o ósmej, zadbać o wygląd, nie spóźnić się. Ta łagodna presja mobilizuje i nadaje randce rangę wydarzenia. Online wszystko jest bardziej rozmyte. Można pisać w piżamie, z kanapy, z przerwami na serial. To sprawia, że druga osoba nie zapisuje się w pamięci jako ważne wydarzenie, tylko jako kolejny powiadomienie wśród setek innych. A to, co nie jest ważne, łatwo porzucić. Stąd bierze się to smutne zjawisko, że po tygodniach pisania często nie pamiętamy nawet imienia osoby, z którą rozmawialiśmy. Na żywo coś takiego jest nie do pomyślenia – po randce zapamiętuje się całe mnóstwo szczegółów, nawet jeśli nie było chemii. Pamięć działa bowiem najlepiej w kontekście wielozmysłowym. Aplikacje dostarczają tylko jeden zmysł – wzrok (i to ograniczony do zdjęć) oraz słuch w przypadku wiadomości głosowych, ale to wciąż mało. Bez dotyku, zapachu, ciepła ciała, synchronizacji oddechu – nie ma pełnego zaangażowania.
Wreszcie, nie można zapomnieć o zmęczeniu decyzyjnym. Codzienne przeglądanie profili, podejmowanie setki mikro-decyzji (swajp w lewo czy prawo), ocenianie, porównywanie – to wszystko wyczerpuje nasze zasoby poznawcze. Kiedy po godzinie takiej aktywności wracamy do rozmowy z kimś, kogo już polubiliśmy, nie mamy już energii, by być kreatywnymi, ciekawymi, empatycznymi. W efekcie wysyłamy nudne, krótkie odpowiedzi, które gaszą zainteresowanie drugiej strony. To samospełniająca się przepowiednia: aplikacja nas wyczerpuje, przez co jesteśmy gorszymi rozmówcami, przez co tracimy zainteresowanie sobą nawzajem. Na żywo nie ma tego etapu wstępnego wyczerpania wyborem. Przychodzisz na spotkanie wypoczęty, w pełni obecny. Twoje zasoby uwagi są nietknięte. Dlatego nawet jeśli druga osoba nie jest idealna, możesz dać jej prawdziwą szansę. W aplikacjach często dajemy tylko ułamek siebie i dziwimy się, że nic z tego nie wychodzi. Być może więc odpowiedź na pytanie, dlaczego szybciej tracimy zainteresowanie online, brzmi: bo nie jesteśmy w stanie włożyć w te relacje tyle samo obecności, co w te na żywo. A bez obecności nie ma zainteresowania. To tak, jakby próbować ugotować obiad na zimnym piecu – możesz mieszać składniki w nieskończoność, ale nic się nie ugotuje. Randkowanie online bez przejścia do realu pozostaje tylko takim mieszaniem. I dlatego tak wiele z tych znajomości kończy się nie tyle nawet rozczarowaniem, ile zwykłym wygaśnięciem, jak niedopisana książka, którą odkładamy na półkę, obiecując sobie, że kiedyś do niej wrócimy. Rzadko wracamy.
Dla wielu osób związek to ciągłe wyrzeczenia i rezygnowania z rzeczy dla nas ważnych dla naszego partnera. Prawda jest jednak taka, że jakbyśmy wszyscy podchodzili tak do związków, to nikt nie byłby szczęśliwy i spełniony. Wiele osób nie do końca rozumie, że związek powinien służyć obu stronom i że mamy takie samo prawo, jak nasz partner, a on ma obowiązek to uszanować.
1. Masz prawo nie chcieć wychodzić na randki
Są osoby, które nie lubią ciągłych wyjść i miejsc pełnych ludzi. I naszym obowiązkiem jest to uszanować i nie wyciągać ich na siłę na miasto czy do restauracji. Masz prawo nie chcieć wychodzić na randki albo nie mieć czasu na przygotowania, dojazd i ostatecznie spotkanie w centrum. Jeśli twój partner nie może znieść ciągłego siedzenia w domu, to znaczy po prostu, że nie jesteście do siebie dobrze dobrani. Jeśli nie będziecie w stanie znaleźć sposobu na wspólne spędzania czasu, które będzie odpowiadać wam obojgu, przyjdzie czas na kompromisy, ale nigdy do niczego się nie zmuszaj!
2. Masz prawo nie wiedzieć, czego chcesz
Kojarzysz ten moment w komedii romantycznej, gdy główna bohaterka mówi, że sama nie wie, czego chce? Może Ci się wtedy wydawać, że Ty wiedziałabyś na jej miejscu, co wybrać, ale może się okazać, że postawiona w takiej sytuacji będziesz miała poważne wątpliwości. Nie ma w tym niczego złego, w końcu każdy ma prawo się wahać. Gorzej dzieje się, gdy twój partner naciska na Ciebie na szybkie podjęcie decyzji. Nie musisz się jednak do niego dostosowywać, o ile nie jest to sytuacja kryzysowa. Daj sobie czas i nie podejmuj decyzji, dopóki nie będziesz jej w pełni pewna.
3. Masz prawo nie zgadzać się na coś, na co twój partner naciska
To łączy się z punktem drugim, ale nie do końca. Nasz partner czasami będzie naciskał na nas w jakiejś kwestii, często ważnej dla niego z konkretnych względów. Jako partnerka powinnaś od czasu do czasu ustępować i godzić się na wyjścia czy jakiś zakup, ale nie musisz tego robić z zasady. Jeśli czujesz się z czymś niekomfortowo albo propozycja przekracza twoje granice, odmów. Twój partner ma obowiązek to zaakceptować i przestać naciskać. Jeśli jednak zacznie być agresywny, słownie lub fizycznie, nie czekaj na kolejny raz i od razu zakończ niebezpieczny związek!
4. Masz prawo robić rzeczy, które nie podobają się twojemu partnerowi
Oczywiście nie dotyczy to rzeczy, które mają jakikolwiek związek z nim, bo jeśli coś wymaga jego udziału, a on się nie zgodzi, to nie ma o czym mówić, musisz zaakceptować brak jego zgody. Chodzi jednak o inną, bardzo powszechną sytuacją, gdy partner zwraca Ci uwagę, że nie podoba Ci się sposób, w jaki się ubierasz albo twoje pasje. Masz prawo wyglądać i robić, co tylko zechcesz i twój partner nie ma w tej kwestii niczego do gadania. Jeśli nie jest w stanie pogodzić się z tym, jaka naprawdę jesteś, to najwyraźniej na Ciebie nie zasługuje i nie powinnaś kontynuować z nim związku.
5. Masz prawo wymagać wypełnienia obowiązków powierzonych twojemu partnerowi
Jeśli na początku związku umówiliście się na pewne zasady, masz prawo oczekiwać, że partner będzie ich przestrzegał. To samo dotyczy obowiązków, na które zgodził się w trakcie trwania waszego związku albo rzeczy, do których zrobienia zobligował się jednorazowo. Jeśli twoja druga połówka nie potrafi wywiązać się z obietnicy, będzie to mocno rzutowało na waszą przyszłość i jeśli już teraz Cię to drażni, możesz być pewna, że im dalej, tym będzie tylko gorzej. Warto więc zadać sobie podstawowe pytanie “czy jestem w stanie to znieść?”. Jeśli już teraz odpowiadasz “nie”, to zły znak dla waszego związku.
W dzisiejszych czasach być w udanym związku to nie jest najprostsza sprawa. Bardzo często pojawiają się przeszkody,
z którymi para nie potrafi sobie poradzić i w efekcie zamiast walczyć o siebie, to łatwiejszym rozwiązaniem jest rozstanie. A tak być nie powinno. Za pomocą naszego artykułu dowiesz się jak za pomocą 3 sposobów znaleźć się w dobrym związku.
Bądźcie do siebie podobni
To jest jeden z kluczy do szczęśliwego związku, o którym się pamięta coraz mniej. O ile przed wieloma laty nasi rodzice i dziadkowie dbali o dokładne poznanie się przed ślubem, bądź wejściu w bliższą relację, tak teraz ten aspekt zszedł na dalszy plan. Mężczyźni zwracają zbyt dużą wagę na wygląd kobiety jednocześnie zapominając, że liczą się podobieństwa charakterów.
Nie mówimy tutaj rzecz jasna, o podobieństwie fizycznym, bo to aspekt, którego nie będziemy negować, ale jednak o znajdowania punktów wspólnych i pociągu do siebie nie tylko pod kątem fizycznym, ale też psychologicznym.
Staraj się dobierać ukochaną osobę pod kątem poglądów na życie, podobnego poczucia humoru i przede wszystkim nie załamuj się jeżeli takiej osoby nie będziesz potrafił znaleźć przez dłuższy czas. Miej swoje wymagania i ich nie obniżaj!
Warto też poszukiwać partnera na życie w miejscach, w których lubimy przebywać. Jeżeli jesteśmy typem spacerowicza, który lubi łono natury, to być może park jest miejscem na znalezienie swojej miłości.
Dbajcie o siebie każdego dnia
Rutyna bardzo często rozbija związki, jednak pytanie z czego ona powstaje? A no z tego, że jednej ze stron (przeważnie mężczyźnie) nie chce się już dbać o związek, bo "starałem się kiedyś, a teraz nie muszę". To błędne myślenie! Swoją miłość do drugiej osoby trzeba pokazywać każdego dnia, nawet przez drobne gesty, jak pomoc w drobnych pracach domowych, podkreślenia piękna kobiety, o czym wielu mężczyzn zapomina. Kobiety zostały tak stworzone, że lubią czułe słówka i potrafią docenić ich wartość.
Bądź mężczyzną, który dba o kobietę również poprzez wyjścia w różne miejsca, choćby nawet na spacery, czy do kina. Daj poczuć kobiecie, że jest ważną dla Ciebie osobą, a nie tylko kimś z kim jesteś z przyzwyczajenia, albo na zasadzie "lepiej być z kimś, bo źle samemu".
Wiek nie gra absolutnie żadnej roli i trzeba tak samo starać się o drugą osobę będąc ze sobą rok czy też 20 lat. Zobacz, jak starsi ludzie chodzący po parkach pokazują sobie miłość - spacery za rękę pomimo wieku i oddanie, które jest widoczne na pierwszy rzut oka. Staraj się być takim oparciem dla swojej kobiety każdego dnia.
Nie sprowadzaj wszystkiego do seksu
Bardzo często miłość jest mylona z pożądaniem. To, że dziś piramida potrzeb w związku jest odwrócona niewłaściwie to jedna rzecz i zarazem częsta przyczyna rozpadu związków. Wielu ludzi uważa, że najpierw trzeba się poznać w łóżku, a reszta jest mniej istotna. To absolutnie nieprawda! Jeżeli kobieta, bądź mężczyzna okazuje Ci zainteresowanie i się troszczy pomimo braku seksu, to oznacza, że to dobry początek do miłości.
Miłość to nie jest tylko sfera erotyczna i sprawdź swojego partnera zanim podejmiesz się tak radykalnych kroków. Te najtrwalsze związki charakteryzują się tym, że mężczyzna i kobieta kochają swoje charaktery, które się przejawiają w inteligencji, poczuciu humoru itd.
Zdecydowanie polecamy wam poczekać z seksem, by poznać się jako ludzie i potem uniknąć rozczarowania oraz wykorzystania przez drugą osobę. Jeżeli partner zgadza się na poczekanie z nim, to jest to jak najbardziej dojrzała decyzja.
Nauczcie się zaskakiwać!
Jeżeli jesteś mężczyzną, to z pewnością znasz swoją kobietę i wiesz, że może mieć ulubionego aktora, piosenkarkę czy inna osobę z gałęzi kultury i by ją zaskoczyć, możesz jej kupić płytę takiego artysty, bądź zabrać do kina na film z udziałem aktora, albo nawet i postarać się o jego autograf, wbrew pozorom, to wcale nie jest takie trudne. Możesz też postarać się od czasu do czasu o ugotowanie dla niej obiadu - zapewniamy Cię, że takie gesty nie przejdą bez echa. Dla kobiety nic tak bardzo się nie liczy, jak dbanie o nią i poświęcanie się.
Ty, jako kobieta zapewne wiesz jaki jest ulubiony klub piłkarski Twojego partnera i znasz też jego ukochany zespół. Jeżeli wiesz, że będzie ów zespół grać czy to w Polsce, czy w waszym pobliżu, to postaraj się o zakup biletu na takie wydarzenie.
Pamiętajcie, że miłość i zaskakiwanie nie wyraża się za pomocą waluty, ale realnych czynów i tego też wam życzymy, byście dbali o siebie przez cały okres trwania waszego związku.